sobota, 12 stycznia 2008

Zemsta PiSu



"Gazeta Wyborcza": doc. dr hab. Marek Durlik, chirurg, były dyrektor szpitala MSWiA w Warszawie opowiada w obszernym wywiadzie udzielonym "Gazecie Wyborczej" o kulisach aresztowania dr Mirosława Garlickiego. Oto kilka fragmentów tego wywiadu:"GW":

Czy przed aresztowaniem Garlickiego lekarze skarżyli się na niego? Marek Durlik: - Zgłaszali mi, że każe im przyjeżdżać wieczorem do szpitala albo w sobotę czy w niedzielę, że każe zostawać po godzinach i opiekować się chorymi, że wymaga dyscypliny.
Za dużo wymagał?- Za dużo? W tym niedowładzie organizacyjnym, jaki panuje w polskiej służbie zdrowia, nie ma za dużo! Jeden z prokuratorów, który przebywał na oddziale Garlickiego jako pacjent, powiedział mi, że tak dobrego oddziału, czystego, gdzie czułby się tak bezpiecznie, to jeszcze nie widział. Taka jest prawda o Garlickim.

Prof. Dziatkowiak mówi, że Garlicki obejmował oddział w stanie "lenistwa i nieróbstwa". Przed Garlickim oddziałem szefował prof. Zbigniew Religa.

Było tam aż tak źle? - Prof. Dziatkowiak ma wiedzę, by to ocenić, bo on z tymi kolegami operował i spotykał się jako konsultant. Ja powiem tylko o liczbach: po przyjściu Garlickiego ilość trudnych operacji kardiochirurgicznych wzrosła trzykrotnie. Prof. Religa był lubiany przez asystentów, bo często go po prostu nie było w szpitalu, np. w związku z jego działalnością polityczną.

To prawda, że Garlicki zastał po Relidze rozpity zespół lekarzy? - Nie jest tajemnicą, że w wielu zespołach było normą okazyjne picie alkoholu dostarczanego przez pacjentów. Te butelki były w szpitalach wszędzie.

Garlicki zabronił picia? - Tak, jest abstynentem i fanatycznym wrogiem alkoholu.

Religa miał do pana żal, że przyjął Pan Garlickiego? - Tak. Religa rywalizował z Dziatkowiakiem, więc i z Garlickim. Bo z ośrodkiem Religi w Zabrzu nagle zaczął konkurować ośrodek krakowski Dziatkowiaka. Okazało się, że jest tam taki młody doktor Garlicki, niezwykle sprawny technicznie, dyspozycyjny, może w każdej chwili wsiąść do samolotu i pobrać serce, przeszczepić, a pacjenci przeżywają. Całe środowisko wiedziało o tej rywalizacji. W tej całej sprawie od początku do końca chodzi o ambicje, o ludzką zawiść. Ja od początku mówiłem, że nie można niszczyć szpitala, Garlickiego, bo cała sprawa polega na ludzkiej zawiści.

Ale też Religa publicznie powiedział, że nie ma mowy o zabójstwie i potwierdził to w ekspertyzie dla prokuratury. - Nie wyobrażam sobie, aby mógł wydać inną opinię. Wiele miesięcy później niemiecki ekspert światowej sławy kardiochirurg prof. Roland Hetzer to potwierdził.

Prof. Dziatkowiak mówi wprost, że akcja CBA i Ziobry przeciwko Garlickiemu "to była zemsta Ziobry na lekarzach za śmierć jego ojca". Jego ojciec miał zawał, zmarł po operacji. - Wiem z konferencji prasowych ministra Ziobry, że jego zdaniem lekarze mogli przyczynić się do śmierci ojca. Od początku byłem przekonany, że cała sprawa została wykorzystana przez polityków. Jeden chciał odegrać się za ojca, drugi chciał pokazać zasadność powołania CBA, trzeci - miał dużo osobistej niechęci do Garlickiego. Cała sprawa była wywołana przez ludzi, którzy mieli ogromnie dużo negatywnych emocji.

piątek, 7 grudnia 2007

Im wolno mniej

W niedzielę 2 grudnia minął rok, odkąd Hanna Gronkiewicz-Waltz została prezydentem m.st. Warszawy, przez media więc przetoczyła się fala podsumowań. Czytelnicy moich tekstów wiedzą, że jestem dość krytyczny wobec działań pani prezydent, krytyczne wypowiedzi działaczy Prawa i Sprawiedliwości na jej temat wzbudziły jednak moje zniesmaczenie, także dlatego że nie spotkały się z należytą reakcją dziennikarzy.
PiS zarzuca Hannie Gronkiewicz-Waltz zatrudnienie części dyrektorów bez konkursu. To fakt, ale czy zapomnieliście panowie, jak to Lech Kaczyński objąwszy w 2003 r. władzę w ratuszu wyrzucił zastanych urzędników i bez żadnych konkursów zatrudnił nowych WSZYSTKICH dyrektorów biur (wśród nich takich tuzów jak Artur Piłka i Cezary Mech)? Akurat PiS-owi nie wypada w tej sprawie zabierać głosu.
PiS zarzuca Hannie Gronkiewicz-Waltz komunikacyjny paraliż miasta spowodowany brakiem koordynacji remontów. Mieliśmy paraliż, to fakt, ale czym on był wobec katastrofy komunikacyjnej na Powiślu w 2003 r. spowodowanej nieumiejętnością zakończenia budowy tunelu pod Wisłostradą? A przeciągnięty z lata na jesień 2004 r. remont tunelu na Trasie WZ? A dwuletnie opóźnienie budowy Górczewskiej? Ja tu piszę felieton, a nie indeks ulic w atlasie Warszawy, więc przerywam tę wyliczankę, z której wynika, że PiS-owi i w tej sprawie nie wypada protestować.
PiS zarzuca Hannie Gronkiewicz-Waltz konfliktowość w sprawie prawomocności wyboru władz dzielnicy Praga Północ. A zapomnieliście panowie o awanturach z pełnomocnikami Kaczyńskiego "do spraw" Wawra, Wilanowa i Włoch? Lech Kaczyński do tego stopnia nie mógł się pogodzić z dokonanym przez radę Wawra wyborem burmistrza, że nie zaprosił go nawet na spotkanie opłatkowe...
PiS zarzuca Hannie Gronkiewicz-Waltz zamiar zadłużenia miasta poprzez kredyty i obligacje miejskie. Poseł Paweł Poncyliusz z rozrzewnieniem przypomina czasy Kaczyńskiego, który rzekomo zmniejszył długi miasta... To już jawna hucpa. Kaczyńskiemu udało się zadłużenie miasta podwoić, z 1,354 mld do 2,747 mld zł, przy czym kredyty przeznaczane były wtedy nie na inwestycje, lecz na nagrody dla urzędników i remonty gabinetów.
Trzeba też dodać, że Kaczyński sztucznie obniżył procentowy wskaźnik zadłużenia miasta poprzez wprowadzenie do budżetu dochodów dzielnicowych Zakładów Gospodarowania Nieruchomościami. Sztuczny wzrost dochodów był kukułczym jajem dla Hanny Gronkiewicz-Waltz, spowodował bowiem wzrost o kilkadziesiąt mln zł tzw. janosikowego, czyli opłaty wyrównawczej, jaką bogate gminy płacą na rzecz gmin mających niższe dochody na głowę mieszkańca. Czy poseł Poncyliusz, były warszawski radny, tego też nie pamięta?
"Im wolno mniej" - napisała kiedyś Ewa Milewicz o zupełnie innej partii. Zupełnie innej?
Maciej Białecki Stowarzyszenie "Obywatele dla Warszawy" maciej@bialecki.net.pl www.bialecki.net.pl

wtorek, 13 listopada 2007

PiS nie chce oddać całej władzy

Prawo i Sprawiedliwość zabezpieczyło się przed skutkami wyborczej klęski - wynika z analizy Money.pl . W czasie sprawowania władzy partia Kaczyńskich tak zmieniała prawo, aby nawet po przegranych wyborach mieć wpływ na kluczowe instytucje w państwie.
W Polsce nadal większość najważniejszych stanowisk w administracji publicznej, przedsiębiorstwach państwowych, czy też instytucjach publicznych jest obsadzana według klucza partyjnego a nie kompetencji. Od 1991 roku żadnej partii nie udało się wygrać dwa razy pod rząd wyborów, dlatego tuż po ogłoszeniu wyników głosowania kadra się zmienia - wymienia się ją na swoich. Tym razem będzie jednak trochę inaczej. Choć Platforma Obywatelska zmieni rząd i administrację w terenie, nie wszystkie urzędy uda się jej obsadzić zaufanymi i lojalnymi ludźmi. To efekt "zapobiegliwości" braci Kaczyńskich.
Sposób na CBA
Centralne Biuro Antykorupcyjne odegrało bardzo ważną rolę podczas rządów PiS, w szczególności w czasie kampanii wyborczej. To niemal sztandarowa instytucja Kaczyńskich. I to z nią nadal będzie musiała się zmagać Platforma i rząd Tuska. Dzisiaj nie jest bowiem możliwe usunięcie Mariusza Kamińskiego (na zdjęciu poniżej) ze stanowiska szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Do momentu objęcia funkcji szefa CBA był on członkiem i posłem PiS.
Jego odwołanie może bowiem nastąpić jedynie w przypadku: rezygnacji z zajmowanego stanowiska lub niewykonywania obowiązków z powodu choroby trwającej nieprzerwanie ponad 3 miesiące. W tej sytuacji może się więc okazać, że będzie on sprawował swoją funkcję do czasu wygaśnięcia czteroletniej kadencji. Chyba że zostanie zmieniona ustawa o CBA lub powołana zostanie w jego miejsce nowa służba, co zapowiada już PO.
Takie rozwiązanie może jednak doprowadzić do ostrego konfliktu na linii prezydent-rząd.
Problem z mediami publicznymi
Nowa władza będzie miała także duże trudności ze zmianami w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Zgodnie ze znowelizowaną przez PiS, Samoobronę i LPR ustawą, pięciu członkom rady (3 desygnowały te partie, a 2 wskazał prezydent Lech Kaczyński) można skrócić 6-letnią kadencję tylko w wypadku ich rezygnacji, choroby trwale uniemożliwiającej sprawowanie funkcji, skazania prawomocnym wyrokiem za popełnienie przestępstwa z winy umyślnej, czy też złożenie niezgodnego z prawdą oświadczenia lustracyjnego, stwierdzonego prawomocnym orzeczeniem sądu.
W tej sytuacji w praktyce niemożliwe jest usunięcie obecnych rad nadzorczych mediów publicznych i ich zarządów, ze względu na fakt, że są one powoływane i odwoływane przez KRRiTV. Chyba że rada zostałaby zlikwidowana, co natomiast wymaga zmian ustawowych.
NBP, NIK i KNF
Jeszcze bardziej komfortowo mogą się czuć nominowani przez PiS prezesi NBP i NIK. Długość kadencji obu jest określona w konstytucji i wynosi 6 lat (Sławomir Skrzypek będzie szefował NBP do stycznia 2013 roku, a Jacek Jezierski z NIK do połowy 2013 roku). To nie ułatwi funkcjonowanie rządowi Tuska, chociażby jeśli chodzi o politykę pieniężną.
Nieco inaczej jest w przypadku Stanisława Kluzy, szefa Komisji Nadzoru Finansowego. Z jednej strony chronią go zapisy ustawy o KNF, w myśl których może zostać odwołany tylko, jeżeli: zostanie prawomocnie skazany za umyślne przestępstwo, sam nie zrezygnuje lub utraci zdolność do pełnienia powierzonych obowiązków na skutek długotrwałej choroby, trwającej dłużej niż 3 miesiące. Jednak w przeciwieństwie do Kamińskiego, Skrzypka, czy też Jezierskiego, PO może wcale nie starać się go odwoływać. Nigdy nie był on członkiem PiS-u i jest fachowcem dobrze ocenianym przez rynek.
Setki do wymiany
Pierwszymi, którzy natomiast stracą pracę w wyniku zmiany władzy będzie 22 ministrów z rządu Jarosława Kaczyńskiego - 19 szefów resortów oraz Błaszczak, Gosiewski i Wassermann, którzy nie mają tek. Do tego należy doliczyć większość spośród ponad 100 sekretarzy oraz podsekretarzy stanu, których potocznie określa się wiceministrami.
Ministrów powołuje i odwołuje Prezydent, na wniosek Prezesa Rady Ministrów. Natomiast wojewodów powołuje i odwołuje premier, na wniosek ministra właściwego do spraw administracji publicznej.
Na utrzymanie dotychczasowych stanowisk nie ma też co liczyć 16 wojewodów oraz ich zastępcy. Nowa władza zapewne pożegna się także z wieloma szefami wydziałów urzędów wojewódzkich. Również na niższych szczeblach administracji wojewódzkiej należy się spodziewać zmian kadrowych.
Agencje
Po zmianach w ministerstwach i w województwach zaczną się zapewne roszady w podległych im agencjach. Na zachowanie posad nie mają raczej co liczyć zarządy podległych ministerstwu rolnictwa: Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa, Agencji Rynku Rolnego, Agencji Nieruchomości Rolnych. Także w instytucjach zależnych od MON (Agencji Mienia Wojskowego i Wojskowej Agencji Mieszkaniowej) trudno oczekiwać, aby swoje stanowiska utrzymali dotychczasowi prezesi i ich współpracownicy - większość z nich została nominowana w okresie rządów PiS.
Zmiany kadrowe są także niewykluczone w Narodowym Funduszy Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej oraz jego wojewódzkich oddziałach, gdzie zarząd powołuje i odwołuje minister odpowiedzialny za ochronę środowiska.
NFZ
Jeżeli wcześniej nie zostanie zlikwidowany, to zmiany kadrowe nie ominą również Narodowego Funduszu Zdrowia. Na czele NFZ stoi przecież Andrzej Sośnierz, były członek PO, który po wyborach w 2005 roku przeszedł do PiS. W tym przypadku do odwołania niezbędna będzie najpierw wymiana 9-osobowej rady NFZ, która powołuje i odwołuje prezesa NFZ na wniosek ministra zdrowia. Nie będzie z tym problemu, ponieważ członków Rady na 5-letnią kadencję desygnuje premier.
Wielce prawdopodobne są także zmiany w kierownictwie Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Prezesem jest tam bowiem polityk samorządowy Prawa i Sprawiedliwości Paweł Wypych, powołany na stanowisko w czerwcu 2007 roku przez premiera Jarosława Kaczyńskiego.
UKE
Nie wiadomo natomiast co stanie się w Urzędzie Komunikacji Elektronicznej. Szefuje mu Anna Streżyńska. Do jej odwołania wystarczy decyzja premiera. Nie chronią ją bowiem żadne zapisy ustawowe. Ale Streżyńska to ceniony fachowiec.
Spółki z udziałem Skarbu Państwa
Kolejnymi obszarami, gdzie należy się spodziewać utraty wpływów przez ludzi kojarzonych z PiS, będą przedsiębiorstwa, których państwo jest właścicielem lub ma w nich znaczne udziały.
Na pierwszy ogień pójdą zapewne firmy o znaczeniu strategicznym dla polskiej gospodarki: KGHM Polska Miedź, PKN Orlen, PKO BP, PGNiG, PZU, a także koncerny energetyczne. Największe spółki z udziałem Skarbu Państwa
Nazwa Prezes Data nominacji prezesa Udział Skarbu Państwa (proc.)
PZU Agata Rowińska 4.09.2007 55,00
PGNiG Krzysztof Głogowski 1.10.2006 84,74
PKO BP Rafał Juszczak 8.08.2007 51,49
PKN Orlen Piotr Kownacki 18.01.2007 27,52
KGHM Krzysztof Skóra 24.02.2006 41,79
LOT Piotr Sienicki 16.04.2007 67,97
PSE Paweł Urbański 5.10.2007 100
RUCH Adam Pawłowicz 22.02.2006 62,57
Jastrzębska Spółka Węglowa Jarosław Zagórowski 6.03.2007 100
Totalizator Sportowy Jacek Kalida 21.09.2006 100
Poczta Polska Andrzej Polakowski 10.10.2007 100
Kompania Węglowa Grzegorz Pawłaszek 19.07.2006 100
Stocznia Gdynia Kazimierz Smoliński 23.05.2006 49,38
W szczególnie trudnej sytuacji są prezesi oraz zarządy KGHM i PKN Orlen, którzy jednoznacznie kojarzą się z PiS. Prezes KGHM Krzysztof Skóra był w 2005 roku kandydatem na posła z ramienia partii braci Kaczyńskich, natomiast szefem PKN Orlen od października 2006 roku jest Piotr Kownacki, były bliski współpracownik Lecha Kaczyńskiego z czasów jego prezesury w Najwyższe Izbie Kontroli.
Specsłużby
Zmiany kadrowe nie ominą także służb specjalnych. Pracę zapewne stracą szefowie Agencji Wywiadu oraz Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Kierownictwo tych służb powołuje i odwołuje bowiem premier po zasięgnięciu opinii Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, Kolegium oraz Sejmowej Komisji do Spraw Służb Specjalnych.
Arkadiusz Droździel

środa, 24 października 2007

Polska (na razie) uratowana.

Polacy ocknęli się wreszcie i w przeciwieństwie do Niemców w latach 30dziestych XX wieku zatrzymali falę etatyzmu zmierzającego w kierunku autorytaryzmu.
PiS na szczęście dla nas wszyskich przegrał z Platformą Obywatelską różnicą 9% głosów. To nie za duża różnica, bo nadal będzie mógł poważnie szkodzić Polsce. Pomogla mu w tym wyniku tuba propagandowa państwowej telewizji i radia, zwanej dla niepoznaki "publiczną".
Inne pocieszające informacje to to, że Samoobrona i LPR nie tylko nie weszły do Sejmu, ale nawet nie przekroczyły 3%, a więc nie dostaną subwencji z budżetu (z naszych pieniędzy).
PO nie może rządzić samodzielnie - to wobec silnej opozycji i antypolskiej postawy prezydenta (który już zapowiedział, że będzie wetował ustawy "gdy mu się nie będą podobały") wskazówka, że próba naprawy Rzeczpospolitej będzie szła bardzo opornie.
Chamstwo PiS wychodzi z każdej strony, komentarz jednego z p.osłów pis na wieść, że Warszawa ich nie chce "Hołota z Warszawy" - warto o tym nie zapomnieć. Porażka Nelly Arnold Rokity - to znak, że Warszawiacy nie są idiotami. Minister od wanny dostał 1% głosów - widać co myśli o nim społeczeństwo. Kwaśniewski odchodzi z polityki - słusznie, to co ostatnio wyczyniał to nieporozumienie. Po co mu to było ?

piątek, 19 października 2007

Wszystkie chwyty dozwolone

Prezes Prawa i Sprawiedliwości oraz jeden z kandydatów tej partii na posła, nadużył stanowiska premiera i prowadził agitację przedwyborczą wykorzystując telewizję publiczną. Premierowi przysługuje bezpłatny czas antenowy w telewizji publicznej i radiu na wygłoszenie orędzia. Niecałe cztery godziny przed ciszą wyborczą premier - jednocześnie szef partii startującej w wyborach oraz kandydat na posła - skorzystał z tego prawa i wychwalał dwa lata rządu PiS-u i przepraszał za to, co się nie udało. Apelował, aby nie wracać do polityki z lat 90.
Była tradycja wygłaszania orędzia przed wyborami parlamentarnymi przez prezydentów, ale nie agitowali za bliskimi im ugrupowaniami, tylko apelowali o udział w wyborach. Przede wszystkim zaś nie byli kandydatami.
Po premierze wystąpił co prawda marszałek Senatu Bogdan Borusewicz, ktoremu też przysługuje prawo do czasu publicznych mediów. Między wierszami skrytykował postępek premiera, ale nie prowadził jawnej agitacji na rzecz PO. Nie krytykował też PiS-u, ale negatywnie ocenił przebieg kampanii wyborczej.
za Money

środa, 17 października 2007

PiS upycha agentów CBA w łóżkach przeciwników

Przeżywający w IV RP renesans popularności George Orwell wymyślił termin „niesoba”. Niesobami były osoby, które – decyzją władz – przestawały istnieć z mocą wsteczną. Radziecki dowcip z kolei opowiadał o zdjęciu pierwszego Politbiura, z którego w czasie wielkiej czystki, w ślad za kolejnymi aresztowaniami, eliminowano kolejne osoby, zastępując je palmami. Ostatecznie zdjęcie otrzymało tytuł „Lenin i Stalin w oranżerii”.
Tak mi się to przypomniało, kiedy słuchałem prezydenta Kwaśniewskiego opowiadającego o tym, jak to „lewicowe rządy” wprowadzały Polskę do Unii Europejskiej, obniżały podatki dla przedsiębiorstw i robiły różne inne dobre rzeczy. W tej sprawie wypada docenićszczerość Marka Borowskiego, który prosił mnie, żebym zrezygnował ze startu wwyborach z listy Samoobrony, coby LiD mógł się chwalić moimi osiągnięciami. Jakwidać, koledzy znaleźli na to sposób, choć nie zrezygnowałem.
Ale mniejsza o to, czas debat minął, aktualnie wiodącym wątkiem kampanii jest dramatyczna historia posłanki PO zwiniętej przed wyborami na kasowaniu stu tysięcy złotych nienależnej korzyści majątkowej. Refleksja cokolwiek uboczna: pojawiające się gdzieniegdzie plotki,iż agent CBA „wkręcał” panią poseł Sawicką metodą damsko-meską są naprawdę sensacyjne.Mamy już agentów Schutzstaffel der PiS w telefonach, mailach, gabinetach ikancelariach – i najwyraźniej należy się nauczyć z tym żyć. Ale upychanie PiSowskich agentów w łóżkach przeciwników politycznych to dodawanie krzywdy do zniewagi.Choć ta metoda może korzystnie wpłynąć na morale społeczeństwa: ludzie będą się bali przespać z kimkolwiek za wyjątkiem własnych ślubnych. Tylko co ze ślubnymi agentów CBA? Chciałbym zobaczyć, jak dzielni chłopcy od Kamińskiego tłumaczą swoim oddanym żonom: „Rozumiesz, kochanie, ze robię to dla Polski”…
Leszek Miller

poniedziałek, 8 października 2007

Kaczyńscy zrobią wszystko dla utrzymania władzy

Zapraszanie przez Kaczyńskich Rokity, Jana nie Nelly, do PiS rzeczywiście poruszyło wiele osób. To znaczy tych nie obarczonych amnezją.
Tylko bowiem ludzie, którzy pamiętali, co powiedział Jarosław Kaczyński kilkanaście miesięcy temu, gdy była mowa o inwigilowaniu prawicy, mogli ocenić kompletny brak jakichkolwiek zasad moralnych tego człowieka.
"Jezuicko-komunistyczna zasada: „Cel uświęca środki” nigdy jeszcze w historii III Rzeczypospolitej nie świeciła tak jasnym blaskiem."
Przypominam, że gdy ujawniano tzw. szafę Lesiaka, Premier powiedział, że to, co zrobił Jan Rokita – choć do dziś nie wiadomo czy i co zrobił! – jest zbrodnią, „od której gorsze jest tylko morderstwo”. Ale gdy chodzi o wygranie wyborów i przeciągnięcie na stronę PiS tysięcy zwolenników krakowskiego polityka, to trzeba zapraszać nawet „zbrodniarza”.
Bracia Kaczyńscy to ludzie, którzy powiedzą wszystko, przełkną wszystko – nawet sprawy najobrzydliwsze – aby tylko osiągnąć jakąś korzyść w polityce. Prezydent RP, którego żonę Tadeusz Rydzyk nazywa czarownicą i której proponuje, by dokonała na sobie eutanazji, uznaje sprawę za zamkniętą, bo trzeba liczyć na głosy słuchaczy rozgłośni toruńskiej.
Warto też zastanowić się – poddaję to pod rozwagę przedsiębiorcom – nad instrumentalnym potraktowaniem przez PiS dramatu byłego właściciela Optimusa. Z pana Kluski uczyniono symbol walki z „układem”, który zgnębił niezależnego przedsiębiorcę. PiS miała dwa lata na to, by znaleźć i ukarać tych członków urzędniczego „ganglandu”, który zapolował na przedsiębiorcę. Ale urzędnicy skarbowi i prokuratorzy (wśród których zresztą też były osoby winne temu dramatowi!) potrzebni byli do szukania „haków” różnego rodzaju na przeciwników PiS w świecie biznesu.
"Bracia Kaczyńscy to ludzie, którzy powiedzą wszystko, przełkną wszystko – nawet sprawy najobrzydliwsze – aby tylko osiągnąć jakąś korzyść w polityce."Pana Kluskę najpierw uczyniono symbolem cierpień uczciwych ludzi ze strony układu, następnie wykorzystano jego nazwisko do reklamowania tzw. „pakietu Kluski (z którego nic nie wyszło, gdyż przygotowanie dobrych aktów prawnych w sprawach gospodarki przerasta możliwości PiS-owskich nieudaczników!). Wreszcie – gdy wyciśnięto z tego poczciwca wszystko, co się dało – po prostu poszedł w odstawkę.
Amoralny cynizm wymienionych polityków i ich adherentów jest regułą gry wyniesioną do rangi zasady nr 1. Wszystko dla zwycięstwa!
Jezuicko-komunistyczna zasada: „Cel uświęca środki” nigdy jeszcze w historii III Rzeczypospolitej nie świeciła tak jasnym blaskiem.
Jan Winiecki

Jan Winiecki jest profesorem ekonomii. W latach 1994-2003 był profesorem i kierownikiem Katedry Ekonomii na Europejskim Uniwersytecie Viadrina we Frankfurcie nad Odrą. Wykładał na uczelniach m.in. w Danii, Holandii i Stanach Zjednoczonych.